IAR - Kraj
31 Lip 2010, 11:59
31.07.2010 (IAR) - 1 sierpnia mija 66. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego, zbrojnego zrywu żołnierzy Armii Krajowej oraz mieszkańców stolicy, skierowanego przeciw niemieckiemu okupantowi. Według pierwotnych założeń, powstanie miało trwać kilka dni. Zakończyło się kapitulacją po 63. dniach.Pomoc walczącej Warszawie nieśli lotnicy latający w siłach RAF i SAAF -Południowo-Afrykańskich Siłach Powietrznych. W angielskim dywizjonie 138 powstała polska eskadra do zadań specjalnych, która podejmowała misje dostarczenia broni, żywności i lekarstw do Warszawy. Polscy piloci wykonywali kilkunastogodzinne nocne loty z bazy w Brindisi we Włoszech. Pokonywali około 3 tysięcy kilometrów, w większości nad terytorium wroga.
W archiwach Radia Wolna Europa zachowały się wspomnienia Stanisława Li taka, kapitana nawigatora, który uczestniczył w zrzutach dla powstańców. Kapitan Li tak opowiadał, że za każdym razem, kiedy widział z góry walczącą Warszawę, spowitą dymami i pożarami, doznawał głębokiego wzruszenia. " Kiedy takie ognie widziałem w Niemczech to one nawet mnie trochę cieszyły - zwierzał się. A że się paliło w Warszawie to serce i gardło ściskało. Wiedzieliśmy, że pomiędzy tymi zgliszczami są ludzie, że to się nasi palą - mówił kapitan Li tak .
Sygnałem dla powstańców o planowanym zrzucie była nadawana przez radio melodia "Jeszcze jeden mazur dzisiaj...". Stanisław Li tak podkreślił, że podczas nocnej nawigacji samolotu, jego załoga nie tylko nie miała kontaktu z walczącymi, ale także nie mogła kontaktować się z bazą.
- Dymy przesłaniały część miasta, trudno było rozpoznać niekóre miejsca - relacjonował Li tak. - Łatwiej rozpoznawalny był Ogród Saski, Plac Krasińskich czy cmentarz Żydowski. Tam powstańcy mogli się ukryć, by zbierać amunicję, pomoc sanitarną, to znaczy opatrunki i żywność w puszkach - wyznał kapitan Li tak.
W czasie lotu nad płonącym miastem samolot schodził na niebezpieczną wysokość, by precyzyjnie dokonać zrzutu. Kapitan Litak mówił, że mimo ogromnego ryzyka podejmowanego przez załogę, do rąk powstańców trafiała mniejsza część ładunku. - Trzeba było schodzić nisko, na wysokość sto-dwieście metrów, żeby rozpoznać miejsce, żeby trafić w małe pola zrzutów. Na tej wysokości jeszcze otwierał się spadochron, co zapobiegało rozpadnięciu się kontenera.
Straty w samolotach podczas lotów nad Warszawą były znaczne. Według nawigatora Stanisława Litaka, sięgały 17 procent. Kapitan Litak wspominał kolegów, którzy zginęli, niosąc pomoc walczącej stolicy. " Ryzyko było ogromne - mówił. Major Król spadł koło Politechniki Warszawskiej i został ostrzelany z karabinów maszynowych. Opowiadał, że samoloty rozbiły się też na Pradze. m.in. koło Parku Skaryszewskiego.
Od 8 sierpnia do 22 września z baz we Włoszech wykonano w sumie 186 lotów do Warszawy. Z tego 92 zakończyły się sukcesem, 63. z nich nie udało się dokonać zrzutu, a 31 maszyn zostało zestrzelonych.
Informacyjna Agencja Radiowa/IAR/E. Porycka/E. Leo/dok./hs/ buch